Zwykle większość spraw dotyczących zaplecza wydawania książek pozostaje między pisarzem a wydawcą, nawet gdy czytelnicy chcieliby poznać je szczegółowo. O innych - czasem strach napisać. Autorzy milczą więc, nieoficjalnie zwierzają się znajomym z fandomu, a plotki rosną...
Tym razem Jakub Ćwiek zdecydował się przerwać milczenie związane z kilkoma przykrymi szczegółami z polskiego rynku wydawniczego.
Opisał on swoje problemy z Fabryką Słów. Wpisy na jego blogu (które znajdziecie tutaj, tutaj i tutaj) stały się powodem prawdziwej burzy, w dyskusję włączyli się nie tylko czytelnicy, ale też inny pisarze oraz przedstawiciele Fabryki Słów.
Czy te rozmowy doprowadzą do poprawy sytuacji na naszym rynku? Do jakichkolwiek zmian? Ciężko ocenić. Warto chyba jednak wiedzieć, że się toczą i przeczytać, co mają do powiedzenia obie strony konfliktu.
Z punktu widzenia Fanklubu tym bardziej, iż przecież "Kłamca" jest jednym z przedmiotów sprawy.









Dodałam kolejny link do wpisu
Dodałam kolejny link do wpisu na blogu.
Nareszcie udało mi się
Nareszcie udało mi się przeczytać uważnie rzeczone wpisy na blogu. I bardzo dobrze! Aż mnie korci, żeby wyrazić swoją opinię z trzech punktów widzenia:
1. czytelnika, 2. początkującego autora, który brał pod uwagę jeszcze niedawno próby podjęcia pracy właśnie dla Fabryki Słów, 3. osoby niewątpliwie lubiącej pieniądze, bardzo materialistycznie nastawionej do życia.
1. Czuję się dotknięta, zniesmaczona i niemile zaskoczona po przeczytaniu następującego dialogu:
“Nie martw się, zlej. To przecież fantastyka, nie musi być zgodnie, byleby się czytało”
Przyznam, przymurowało mnie odrobinkę.
“Ale jak to?” – zapytałem.
“No normalnie, będziesz się tam pieprzył. Dawaj jak gotowa, bo na luty miała być, a mamy dzięki Bogu sierpień.”
Straszna szkoda, że Szanowny Wydawca zlewa swoich czytelników i pieprzyć się z nimi nie zamierza. Osobiście nie kupiłabym kiepskiej książki (lub żałowałabym takiego zakupu i z pewnością zarówno autor jak i wydawca straciliby nieco mojej sympatii) tylko dlatego, że książka wydana została w terminie. Chętnie za to kupiłabym książkę opóźniąną niechby i o dwa lata (przecież się nie pali), za to dopracowaną, bez błędów logicznych czy rzeczowych, nie pisaną "na odpierdol".
Przykro mi bardzo, że wydawnictwo, które do tej pory ceniłam, ma tak marne mniemanie o swoich czytelnikach. Powiem wprost: czuję się ciężko urażona i mam wrażenie, że nie jestem osamotniona w tym odczuciu. Niech więc Szanowny Wydawca wykoncypuje sobie, że polskiej fantastyki nie czytają wyłącznie licealiści (oczywiście nie urażając generalnie licealistów), dla których jedynym ratunkiem przed totalnym zanikiem czytelnictwa, jest fantastyka, atrakcyjniejsza dla nich niż cokolwiek innego. Nie wszyscy czytelnicy oczekują wyłącznie tego, żeby "byle się czytało". Niektórzy wymagają jednak nawet od lektury rozrywkowej odpowiedniego poziomu.
Błędu nikt nie zauważy? Nie? A co jeśli książkę zechce przeczytać osoba mocno zainteresowana wojną secesyjną, może jakiś historyk, a może... Nie! Przecież według Szanownego Wydawcy najwidoczniej osoby obeznane z taką tematyką nie czytają polskiej fantastyki. Z powyższych słów przedstawicielki wydawnictwa wynika jasno, że takie właśnie ma ono mniemanie o nas - swoich niewątpliwych chlebodawcach.
Byle wydać byle badziew? A my mamy za to płacić? Przecież ta banda debili i tak łyknie! Z błędem czy bez i tak się sprzeda?
A co, jeśli banda debili okaże się jednak nie aż taką bandą debili i nie łyknie? Nie sprzeda się! Ot co! I z czego Szanowny Wydawca wtedy wyżyje? Trzeba będzie zmienić albo podejście do czytelnika... albo branżę.
2. Tak, jeden Kuba może nie mieć racji. Może koloryzować i przedstawiać sprawę jednostronnie. Ale co z innymi? W komentarzach odezwały się przecież inne osoby mające podobne doświadczenia z Fabryką Słów. Wszyscy kłamią, koloryzują? Zmowa jakaś? Spisek?
Dżentelmen o pieniądzach ponoć nie rozmawia. Cóż... Gorzej, że pieniądze w dzisiejszym świecie są do życia niezbędne. Jeśli więc ktoś wykonał pracę (niezależnie już czy wykonał inną, objętą inną umową, czy też nie) to zapłaty ma prawo oczekiwać. Za to nieszczęsne "Drzewo...", w ramach kary można zerwać umowę. Za nielojalność pewnie ( piszę pewnie, bo nie znam treści niniejszej umowy) też można, a jesli nie można.
Ale poprzednia praca wykonana została, więc konkretny, objęty umową procent ze sprzedaży poprzednich książek należy do ich autora bez względu na inne kwestie między nim a wydawcą zaistniałe.
Nawet jeśli w tym momencie Kuba nie okazał się dżentelmenem wywlekając to wszystko na forum publicum, ja osobiście jestem mu wdzięczna. Dlaczego?
Tak się składa, że rozważam od jakiegoś czasu wysłanie moich tekstów Fabryce. Chętnie widziałam ich do tej pory w roli mojego przyszłego wydawcy. To co przeczytałam dało mi do myślenia w tej właśnie kwestii. Z wpisów i komentarzy wynika, że FS albo robi w konia swoich pisarzy, albo jest niewypłacalna. W jednym i drugim przypadku chyba jednak lepiej się dwa razy zastanowić zanim się człowiek zacznie starać o "swoje miejsce w takiej firmie". Skoro nie płacą swoim "starym wyjadaczom" to mnie "nowemu mięsku" nie zapłacą tym bardziej. Logiczne. A po co pchać się gdzieś, gdzie nie płacą, albo płacą kiepsko i z łaski? Pisać hobbystycznie można i do szuflady. Jaka różnica?
3. Biznes is biznes. Owszem, jak najbardziej. Ja to w zupełności rozumiem. Ale biznes to w dużej mierze marketing. A tutaj? Gdzie tu logiczna polityka firmy?
Z czego żyje wydawca? Z wydawnia książek, rzecz jasna! Ale... Waruneki, by utrzymało się na rynku są dwa. Musi ktoś te książki pisać i ktoś musi je czytać.
Lekceważący stosunek do jednych i drugich - pisarzy i czytelników - ma być logiczne? A co jeśli jedni i drudzy się obrażą? Kto będzie dla Szanownego Wydawcy pisał? Kto będzie czytał książki desperatów, którzy pracują za darmo, byle ktoś zechciał ich łaskawie wydać? Ja z pewnością nie. Ani też żaden szanbujący się czytelnik.
Kłopoty finansowe? Przejściowe? A za co, jak już w dyskusji na blogu ktoś trafnie zauważył, zakupiono niedawno gazetę? Tu też brak logiki. Albo się ma kłopoty i je rozwiązuje, albo brnie dalej i... plajtuje, nieprawdaż?
Nie mówiąc już o nie wydawaniu książek, na których autora Szanowny Wydawca się obraził... Biznes? Czy może piaskownica? Rozumiem brak aprobaty dla pracy dla konkurencji. To JEST uzasadniona troska o własną pozycję na rynku i logiczne wymaganie w stosunku do pracownika/współpracownika. Natomiast karanie w taki sposób ju logiczne nie jest, bo wydawca kara jednocześnie samego siebie pozbawiając się zysku z całkiem nieźle sprzedających się produktów. Pisarz jest nielojalny - zerwijcie umowę, nie podpisujcie więcej, ale, u licha, po co go trzymać i wymagać nowych książek, jeśli rezygnuje się ze starych, całkiem opłacalnych, by go ukarać, dać nauczkę...
Takie są w skrócie moje spostrzeżenia w temacie.