Zaloguj / Zarejestruj

Drugi fragment "Kłamcy"

Wznowienie "Kłamcy" Jakuba Ćwieka już w księgarniach. Książka, tak jak jej pierwsze wydanie, ukazała się nakładem Fabryki Słów.

A jeśli jeszcze "Kłamcy" nie czytaliście i chcecie się zorientować, czy to coś dla Was... Fabryka Słów prezentuje kolejny fragment.

Znajdziecie go w rozwinięciu.

"Gdzieś na Śląsku"

Robert Majnicki nie był satanistą.
Prawda, nosił pentagram, czytał Czarną Biblię i pluł na widok krzyża, ale to wszystko raczej z przyzwyczajenia niż z prawdziwej potrzeby. Choć właściwie był jeden powód skrzętnie ukrywany przed resztą bractwa. Za wszelką cenę starał się ukryć, że na pierwsze spotkanie pchnęła go jedynie obietnica, iż będzie tam goła Strońska z IV b. Miał wtedy piętnaście lat i szansa na obmacanie najbardziej zajebistej laski w całej tej zapadłej dziurze, była dla niego największym darem, jaki mógł dostać. Skorzystał... i tak już zostało.

Przez dwa lata, jakie minęły od tamtej pory, piwnicę u „Magusa” Kolińskiego, gdzie się spotykali, nawiedziły jeszcze tabuny innych dziewczyn, może nie tak zgrabnych jak Strońska, ale z pewnością dużo bardziej ochoczych i zaangażowanych w sprawę. Ideały towarzyszące powstaniu bractwa powoli wietrzały, by stać się w końcu resztkami zatartych symboli na ścianie, spranymi czarnymi bluzami i skrzętnie ukrywanym przed rodzicami Magusa zestawem rytualnym. Nie było źle.
Aż do wczoraj... Westchnął raz jeszcze i zerknął na wystawę księgarni, choć mógłby przysiąc, że stercząc tu ponad pół godziny, zdążył się już nauczyć tytułów wszystkich leżących tam pozycji.
Zegar na wieży ratusza wybił szóstą i jak na zawołanie po drugiej stronie szyby opadła pancerna roleta, zamiast książek pokazując Robertowi jego własne zmizerowane odbicie: podkrążone oczy na bladej, wychudzonej twarzy, poskręcane w strąki, ufarbowane na czarno włosy, lekko odstające uszy. Opuścił głowę, udając przed samym sobą, że sięga po wciśniętą w przednią kieszeń dżinsów sfatygowaną paczkę papierosów. Gdy ponownie zerknął na wystawę, obok jego własnego odbicia pojawiło się drugie, niemal identyczne. Koleś taki sam jak Robert kilka lat temu, gdy stał przed wyborem – coniedzielne msze i słuchanie banałów grubasa z ambony albo czarny kościół i goła Strońska. Cóż, sprawa była oczywista...
Majnicki odwrócił się i skinął młodemu głową. Ten odpowiedział tym samym, po czym ruszyli wzdłuż ulicy. Dwa dni wcześniej pewnie przywitaliby się normalnie, jak przystało na dobrych kumpli, pogadaliby o panienkach i poszli na pizzę do „Alberta”. Ale tak było, zanim Magus znalazł tę pierdoloną książkę... Teraz nic już nie będzie takie samo.

* * *

Dom Kolińskich zupełnie nie pasował do okolicy.
Właściwie to ciężko byłoby znaleźć współcześnie jakiekolwiek miejsce, gdzie ten piętrowy budyneczek z wielką werandą i spadzistym, stylizowanym na drewniany dachem mógłby się wkomponować, nie dziwiąc. Chyba tylko w westernach. Bowiem właśnie z Dzikiego Zachodu blisko sto lat wcześniej przybył Zbig Kolinsky, przywożąc podobno kilka worków złota. Ledwie postawił ten dom, poszedł na wojnę, gdzie zginął od pruskiej kuli. A budynek trwał. Przetrzymał obie wojny, Stalina, Gierka i Solidarność i wyglądało na to, że przetrwa jeszcze wiele. Podobnie jak Kolińscy. Robert wszedł pewnym krokiem na werandę i zadzwonił do drzwi. Drugi chłopak stanął nieco z tyłu jak cień.
Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Majnicki pomyślał nawet, że spotkanie zostało odwołane, gdy wtem otworzył im ubrany w czarną togę Magus. Mógł mieć jakieś dwadzieścia pięć, może dwadzieścia sześć lat. Cały zarost na jego głowie ograniczał się do zabarwionej na czarno koziej bródki. Wyglądał jak prawdziwy mag. Jak wkurzony, prawdziwy mag.
– Mówiłem, że starych nie ma i macie wchodzić bez pukania – powiedział, poprawiając okulary. – Jest jeszcze mnóstwo do przygotowania.
Nie czekając, odwrócił się na pięcie i wszedł do środka. Robert dostrzegł wahanie w oczach młodego. Rozumiał go. Sam też, nawet po tych kilku latach, nie czuł się tu ani trochę u siebie.
– Chcesz zobaczyć? – zapytał jednak.
– No – nowy pospiesznie kiwnął głową.
Piwnica jak zwykle śmierdziała potem, kadzidełkami, spermą i dymem. Majnicki z resztą chłopaków niejednokrotnie zastanawiali się, jak, pomimo tego zaduchu, udaje się utrzymać wszystko w tajemnicy przed rodzicami Magusa. Musieli tu przecież czasem schodzić.
Ale z drugiej strony, niby po co? Stary Magusa nie trzymał tu wina, a matka kartofli. Nie licząc rozstawionych teraz na ziemi pięciu świec, po jednej nad każdym wierzchołkiem rozrysowanego na posadzce pentagramu, czterech betonowych filarów w każdym rogu, małej mównicy ze stojącą na niej świecą i koźlą czaszką, no i, rzecz jasna, drewnianych schodów, nic w środku nie było. I raczej nie bywało.
– Nie jesteście potrzebni. Chłopaki są na górze. Idźcie do nich – powiedział Magus.
Sam podszedł do mównicy i położył na niej księgę. Otworzył z namaszczeniem, delikatnie odwrócił kilka stron. Robert i jego kumpel spojrzeli po sobie. Młodszy chłopak pierwszy odważył się odezwać.
– A czy są tam jakieś laski? – zapytał.
Nie była to jednak odwaga, raczej hormony.
Magus powoli uniósł głowę. Robert pamiętał, że jeszcze kilka miesięcy... co tam, kilka dni temu jego głos niewiele miał w sobie z poważnego i arcymądrego przywódcy. Brzmiał raczej jak szept dojrzewającego dzieciaka, któremu po wielu trudach udało się znaleźć miejsce, skąd będzie mógł podglądać dziewczyny pod prysznicem. Ale teraz przemówił jak jakiś popieprzony, nawiedzony prorok.
– Głupcze, czy nie pojmujesz, co właśnie dzieje się na twych oczach?! Oto po latach udało mi się odnaleźć drogę Magii, która pozwoli kształtować cały świat podług naszej woli. Nie podołał król Salomon ani John Dee, nie udało się mistrzowi Crowleyowi. Ale oni nie szukali tam, gdzie powinni, byli bowiem, jak ty, zapatrzeni w drobne przyjemności doczesności, stali się więźniami swej chuci, która nie pozwalała im odkryć prawdziwej drogi. Jest nią zaś ten, który upadł, by odrodzić się na ziemi. On to wraz ze śmiercią spłodził nadzieję, by wszyscy mu wierni nie ustawali w poszukiwaniach. Dał też początek demonom, ażeby służyły jego wyznawcom. Ci będą mogli sprawiać, by ich wola stała się prawem. Zmienią oblicze świata, uczynią, co dotąd niewyobrażalne... Co się tak gapisz, kretynie? Rob, zabierz go stąd, kurwa, bo mu zaraz przyjebię w tę tępą gębę.
Robert skinął głową i chwycił młodego pod ramię.
Dochodziła dwudziesta druga.

* * *

Majnicki wiedział, że Koliński ma odloty. Może nie takie jak teraz, ale zdarzały się... kurczę, mniej więcej co pół roku. Jak wariatom albo geniuszom. Młody chciał wyjść i choć Robert dobrze to rozumiał, jednak włączył mu się instynkt bractwa. Przetłumaczył młodemu na schodach, że nie pyta się Magusa o takie rzeczy.
– Trochę szacunku, a nie pożałujesz. Wczoraj mówił, że kto wie, czy sama Pamela Anderson nie będzie cię błagać, byś dał jej swojego małego... – szepnął.
– Ja? – zdziwił się nowy. I łyknął.
Teraz siedzieli w sześcioosobowym kręgu na podłodze w salonie. Wyglądali niemal tak samo, różnili się jedynie niewiele znaczącymi szczegółami, jak aparat korekcyjny na zębach, okulary, liczba pryszczy czy wielki nos. Teraz do ich cech wspólnych należałoby dołączyć jeszcze skupienie i rozmarzenie na twarzach. Bo jak już Magus coś powiedział...
– Pieprzysz, Beniu! Pamela Anderson to pewnie była tylko przenośnia – powiedział ten z aparatem, wysłuchawszy rewelacji młodego. – No wiecie, metafora... Wszyscy pozostali jak na zawołanie spróbowali sobie wyobrazić przywódcę mówiącego coś w przenośni.
Niemal równocześnie pokręcili głowami. Jeśli istniało coś takiego jak prosty język, to właśnie Magus był jego apostołem. Satanista z aparatem nie dawał jednak za wygraną.
– No bo nie wiem, co jest w tej książce, ale raczej nie sądzę, by po przeczytaniu jakiegoś tam zdania pojawiła się tu Pamela, żeby dać nam dupy.
– Nie nam, żadne nam – obruszył się Benio. Nie miał chęci dzielić się blond pięknością. – Rob to sam słyszał, niech powie.
– No – rzucił niechętnie Majnicki i szybko zmienił temat. – A poza tym nie pamiętasz, co Magus zrobił z tą od polskiego, jak rzucił klątwę? On ma moc, a w tobie nie ma wiary, bracie.
– Zgadza się – dodał pospiesznie okularnik. Był mniej więcej w wieku Roberta. Jego zbyt równa grzywka i kilka przedzierających się spod niej blond włosków demaskowały nałożoną perukę. – A niewiara winna być karana.
Majnicki pokiwał głową.
– Też myślę, że może się udać – powiedział poważnie.
Miał nadzieję, że jeśli przekona chłopaków, to może i samego siebie.
– Wcześniej nie robiliśmy niczego tak wielkiego, ale wtedy nie było też księgi. Magus wyglądał, jakby był o krok od odkrycia czegoś wielkiego. Może nie od razu Pameli...
Wybuchli śmiechem.
– Ta to rzeczywiście ma wielkie – wychrypiał Wrona.
Nazywali go tak z powodu długiego i spiczastego nosa przypominającego nieco dziób. Pozostali potwierdzili jego słowa zgodnym rechotem. Tylko Benio nie podzielał ogólnego rozbawienia.
– Nie rozumiem, dlaczego nie Pamela – burczał pod nosem – przecież...
Zegar wybił północ. Wszedł Magus.
– Idziemy, panowie – powiedział, pozwalając sobie na ledwo zauważalny uśmiech. – Czas zaczynać.

* * *

Coś się rzeczywiście zmieniło. Pięciu braci stojących za wierzchołkami pentagramu co chwilę zerkało. Robert stał obok Magusa, ściskając nerwowo czarną świecę, z twarzą skrytą w mroku czarnego kaptura... Coś się zmieniło. Niby wystrój piwnicy był identyczny jak przy każdych modłach czy klątwach, niby porządek taki sam, ale...
Zaczęło się, gdy Magus zaczął czytać fragment księgi.
Z początku jego wykonanie staroaramejskej pieśni brzmiało, jakby dostał ataku kaszlu, ale już po chwili słowa stały się wyraźniejsze, a improwizowana melodia dźwięczniejsza. Wtedy też płomienie świec zmieniły kolor.
Najpierw stały się czerwone, potem część przybrała odcień pomarańczowy, inne biały, aż w końcu wszystkie zapłonęły nierealnym, bezbarwnym blaskiem. Drobinki kredy, którą był nakreślony pentagram, uniosły się niczym kurz poderwany wiatrem, po czym opadły, tworząc na posadzce wzór zwarty jak namalowany farbą. Wnętrze piekielnej gwiazdy zapłonęło.
– Magus... – wyszeptał Robert. Chyba po raz pierwszy w życiu był naprawdę przerażony. – Magus! – powtórzył głośniej.
Tamten nie reagował. Pieśń zawładnęła nim całkowicie.
Z każdym wyższym dźwiękiem unosiła mu brwi i włoski na karku. Z każdym niższym zmuszała do pochylenia głowy i przymknięcia oczu. Ogień we wnętrzu pentagramu wzbił się ku sufitowi, barwiąc go czernią sadzy.
Śpiewający wzniósł ręce i rozpoczął ostatnią strofę.
Powietrze wokół zadrżało. I wtedy właśnie wewnątrz kręgu stanął demon. Wyłonił się z ognia, ukazując najpierw swój rogaty łeb, a zaraz potem tułów i obfite kobiece piersi. Jego nogi pozostały ukryte w płomieniu, przez co wyglądał niczym rzeźba na dziobie dawnego żaglowca.
Magus umilkł. Wtedy w piwnicy na chwilę zaległa cisza i bezruch. Czas zdawał się stać w miejscu, zastygły nawet krople potu na twarzach chłopaków.
Aż demon ryknął. Jego potężny łeb poderwał się w niekontrolowanym spazmie, wielkie czerwone oczy rozszerzył ból i przerażenie, a między piersiami wykwitł i zaraz zniknął język ognia. W miejscu gdzie rozbłysnął płomień, pojawiła się potężna dziura. Demon raz jeszcze zaryczał rozpaczliwie, po czym poleciał do przodu. Gdy jego łeb znalazł się nad linią pentagramu, eksplodował nagle, a z nim i reszta bestii. Wnętrze gwiazdy zasnuł dym.
Koliński pierwszy wyrwał się z odrętwienia. I znikło całe jego nawiedzenie.
– Chodu! – krzyknął, ale było już za późno.
Z dymu wyszła skrzydlata postać z ognistym mieczem w dłoni. Nie zważała na pentagram, bez obawy przekroczyła linię mającą odgradzać światy. Pomieszczenie wypełniła jasność. Nie blask, przed którym należy mrużyć oczy, ale jasność, ciepła i dobra. W tym świetle nawet twarz przybysza, pełna starych blizn i z tatuażem w kształcie płomienia wokół lewego oka, wydawała się dobrotliwa. Jego uśmiech przestawał wyglądać cynicznie, a trzy pary osmolonych skrzydeł zaczynały lśnić. I tylko głos, głęboki i sykliwy, odbierał resztki nadziei.
– Witam, panowie – powiedziała postać, nie kryjąc złośliwości. – Dziś porozmawiamy o potępieniu.